Imiona naszych kotów

Gdy nasz krąg domowników powiększa się o (kolejnego) kota kwestia nadania mu imienia staje się równie istotna, co sprawa skompletowania wyprawki. Oczywiście nieraz dzieje się tak, ze kot trafia do nas już z imieniem w pakiecie, ale nawet wówczas może zdarzyć się tak, że nie będzie nam ono się podobało lub będzie trudne do codziennego użytku, albo zwyczajnie nie będzie do naszego pupila pasowało. Mamy dziesięć kotów, każdy ma swoje imię i na dokładkę jeszcze nieco przezwisk. Część z nich powstawała w bólach męki twórczej, część zaś nasunęła się zupełnie przypadkowo i naturalnie. To chyba dobry moment na to, żeby opowiedzieć nieco o naszych kotach i o ich imionach.

Tosia

Tosia jest burą pręguską z białym krawacikiem. Wśród przodków oprócz całych pokoleń dachowców ma też koty syberyjskie. Jest naszym najstarszym kotem, w tym roku skończy 9 lat. Jest bardzo uparta, gadatliwa i nieco kapryśna. Jednego dnia lubi być głaskana po brzuszku i łapkach, następnego za takie świętokradztwo potrafi pacnąć nas łapą. Głos ma donośny, brzmiący nieco jak klakson, chwilami jak trąba. Jest kotką pełną godności, łatwo ją obrazić.

Kiedy zdecydowałam się ją wziąć, zanim jeszcze do mnie przybyła, długo rozmyślałam nad tym jakie dam jej imię. Wahałam się nad Izoldą, Eurydyką, Julią i… Florą. Ale do małej, pręgowanej kulki nie bardzo pasowały te imiona, więc przez parę dni brykała po domu bezimienna.

Mieszkałam wtedy na parterze w przedwojennej kamienicy na warszawskiej Pradze, a nade mną mieszkał niejaki Tosiek. Tosiek przebywający w stanie wiecznej nieważkości bardzo lubił towarzystwo. Niestety miał zepsutą słuchawkę od domofonu, więc jego liczni goście stawali o każdej porze dnia i nocy pod moimi oknami i wrzeszczeli „Tooosiek!”. Pewnego wieczoru więc imię dla koteczki nasunęło się niemal automatycznie: Tosia. W odróżnieniu jednak od Tośka, którego pełne imię brzmiało Teodor, miano naszej Tosi jest zdrobnieniem od Antonii, a czasem od Antoniny, co wkrótce też wyjaśnię. Antonia dostała się Tosi jako wynik mojej fascynacji dynastią julijsko - klaudyjską, której panowanie jest zresztą moją specjalizacją. Antonia jest imieniem, które nosiły przedstawicielki rodu Antoniuszy, zaś nasza Tosia otrzymała je na cześć Antonii Młodszej, córki Marka Antoniusza i Oktawii, matki Germanika i cesarza Klaudiusza, babki cesarza Kaliguli i prababki Nerona. Oczywiście sprawdziła się tu teoria, że z nadawaniem imion należy postępować bardzo ostrożnie. Tosia po szlachetnej patronce uzyskała nie tylko wielką urodę i mądrość, ale też wyjątkowo twardy charakter, upór i bezkompromisowość. Na co dzień nie zwracamy się do niej pełnym imieniem. Kiedy jednak Tosia zaczyna zbytnio broić ostrzegawczo zwracam się do niej per „Antonio”. Kiedy jednak to nie działa, wytaczam ciężkie działa. Rzucam stanowcze „Antonino”, co na ogół skutkuje, ale… kiedy Antonina nie działa na krnąbrną Tosię, wytaczane jest działo najcięższego kalibru w postaci „Antoniny Glegoły”, co przynosi skutek natychmiastowy. Kiedy zwrócę się do Tosi per „Antonino Glegoło”, Tosia czmycha. Sprawa wygląda tak, że chociaż znam krewnych Tosi po kądzieli, to o jej ojcu nie jestem w stanie nic powiedzieć. Znajomi, od których mamy Tosię, podejrzewają, że jest nim kocur niejakich państwa Glegołów, więc siłą rzeczy nazwisko to zostało przypisane również naszej kotce. Jako, że imię Antonia zupełnie nie pasuje do nazwiska Glegoła, więc Tosia otrzymała również do kolekcji „Antoninę”, która nie gryzie się tak z nazwiskiem. Najwyraźniej sprawa pochodzenia jest dla Tosi na tyle krępująca, że woli schować dumę do kieszeni i zareagować na polecenie niż wysłuchiwać jak nazywam ją Antoniną Glegołą…

Teofil

Teofil jest dachowcem, pręgowanym bikolorem i równocześnie najbardziej dziwnym, chimerycznym i ekscentrycznym kotem w domu. W zasadzie jest jednym z najbardziej zwariowanych kotów, jakie kiedykolwiek miałam okazję poznać. Zastanawiam się czy i tutaj zadziałała „magia” imienia…

Kiedy postanowiłam, że wezmę drugiego kota, jego pojawienie się u mnie w domu stało się już kwestią czasu. Wiedziałam, że będzie to kocurek, ale nie miałam pojęcia jak będzie wyglądał. Pewnego razu, wieczorem, zastanawiałam się nad tym jak mogłabym nazwać nowego domownika. W tym momencie spojrzałam odruchowo na kalendarz wiszący na ścianie i pierwsze co rzuciło mi się w oczy, to było imię „Teofil”. Żeby było śmieszniej miałam akurat włączony telewizor, oglądałam „Nad Niemnem” i na ekranie pojawił się pan Teofil Różyc, morfinista. Zbieg okoliczności mnie rozbawił i stwierdziłam, że jeśli tylko imię będzie pasowało do mojego przyszłego kociaka, to nazwę go Teofil.

Imię rzeczywiście pasowało jak ulał, w zasadzie dla tak eleganckiego, inteligentnego i przy tym wszystkim kompletnie zwichrowanego psychicznie kota nie nadaje się żadne inne poza kanonem staroświeckim. Kiedy jednak zaniepokojeni obserwujemy rozmaite wybryki Teofila, zwanego również „Panem Hrabią”, to zastanawiamy się nad tym na ile obciążył go ten „Morfinista”…

Leon

Leon zagościł u mnie zupełnie przez przypadek. Nie planowałam trzeciego kota, ale w życiu różnie się plecie.

Zawsze podobały mi się rude koty, marzyłam, że może kiedyś takiego będę miała. Do rudzielca pasowały mi tylko dwa imiona: Figaro i Leon (na cześć Zawodowca, ale i lwa…).

Marzenia mają to do siebie, ze lubią się spełniać, czasem w najmniej spodziewanym momencie. Tak więc kiedy czteromiesięczny, długi, chudziutki i wystraszony kociak z wielkimi, migdałowymi oczami usiadł na moich kolanach, odruchowo powiedziałam do niego „Leonie” i tak zostało. Leon nie ma zbyt wielu przezwisk, nazywamy go „Leosiem”, „Leonkiem”, „Misiem Leonkowym”. Ten Figaro jednak gdzieś tam też się Leonowi plącze, bo czasem żartujemy, że Leon jest lokajem Pana Hrabiego, czyli Teofila.

Leon wyrósł na dużego, mocno zbudowanego, bardzo czułego kota. Ceni sobie spokój i porządek, zwłaszcza wśród kotów, więc nieraz ogniem i mieczem przywraca spokój w szeregach. Surowo też pilnuje, żeby pan Hrabia przestrzegał norm i zasad, co z pewnością nie jest zadaniem łatwym i ktoś o słabszym charakterze dawno by się już na jego miejscu załamał. Leon jednak niewzruszenie tkwi na posterunku.

Fikus

Jeśli chodzi o Fikusa, to nie miałam tutaj żadnego pola do popisu. Przybył do mnie z Fundacji Felis, gdzie otrzymał swoje imię. Pasowało ono bardzo do pajączkowatego kotka, więc nie szukałam zastępstw. Fikusa nazywamy w domu także Fikuskiem lub Fikuniem, ale zdrobnienia te również wniósł w wianie. Jest bardzo ruficznym, grubym i pręgowanym dachowcem.

Fikusek jest kotem, który z pewnością pamięta czasy uczt rzymskich, któreś wcielenie musiał spędzić w starożytnym Rzymie. Posila się bowiem na leżąco, a że jest sybarytą i je w nadmiarze, to nadprogramowej zawartości pozbywa się niemal w sposób rzymski (co prawda nie potrzebuje ani piórka, ani niewolnika) i przystępuje niezwłocznie do dalszej konsumpcji…

Stefan

Stefan jest naszym pierwszym wspólnym kotem. Jest dużym, mocno zbudowanym przedstawicielem rasy norweskiej leśnej. Naprawdę nazywa się Christian Dior Chaton Roux*PL. Trudno jednak zwracać się do niego jego pełnym imieniem. Stefan to takie misiowate imię, do naszego niebieskiego, puchatego Misia o Bardzo Małym Rozumku pasuje jak ulał. Czasami nazywamy go też „Misiem Stefankowym”.

Natasza

To nasz drugi kot norweski leśny, jej prawdziwe imię to Dark Water Chaton Roux*PL i zostało ono zaczerpnięte z tytułu horroru. Kiedy czekaliśmy aż koteczka dorośnie na tyle, żeby mogła przybyć do nas, wymyślaliśmy dla niej różne imion. Obojgu nam podobało się imię „Natasza”, braliśmy je więc pod uwagę. Pewnego dnia oglądaliśmy właśnie amerykańską wersję horroru „Dark Water” i aż podskoczyliśmy, kiedy okazało się, że dziewczynka, której duch straszył w filmie nazywała się Natasza. Od tej pory nie mieliśmy wątpliwości jak będziemy nazywać koteczkę. Natasza ma jednak jeszcze jedno przezwisko: „Pieróg” lub „Pierożek”, bo jak była mała to wyglądała właśnie jak wypchany chrupkami pieróg.

Jeronima

Jeronima z Krainy Asgardu, kotka norweska leśna, swoje imię otrzymała w hodowli. Jest ładne, dźwięczne i łatwe do codziennego używania, więc nie kombinowaliśmy ze zmianami. Zdrabniamy je na „Nimusię”, „Pimpusię” oraz czasami, kiedy psoci (a jest wyjątkowo uparta i niezależna), nazywamy ją „Pieronimą”.

Sajgonek

Śliczny, smukły kot rosyjski niebieski, który naprawdę nazywa się Figiel Quendi*PL. Jego hodowczyni nazywała go „Słonecznikiem”, od koloru żółtej gumeczki, którą nosił aby odróżniać się od rodzeństwa (jednakowo umaszczone kocięta hodowcy muszą w jakiś sposób oznakować, żeby im się nie myliły) i przy okazji w związku ze swoją pogodną naturą. Przez pewien czas również nazywaliśmy go Słonecznikiem, ale pewnego razu jego wygląd skojarzył się nam z sajgonką: był dosyć długi, ale „nabity” i tak już zostało: od tamtej pory nazywamy go Sajgonkiem, chociaż czasem pojawia się też przezwisko „Samowarek”…

Biedronka

Kiedy do nas trafiła miała najwyżej 8 tygodni i była świeżo po amputacji ogonka. Życie uratowała jej Straż Zwierząt z Grodziska Mazowieckiego. W papierach adopcyjnych ma imię „Misiunia”, ale kiedy poznaliśmy diabelski charakterek miniaturowej, czarnej zołzy, to zdecydowanie nam ono do niej nie pasowało. Imię „Biedronka” otrzymała jako rym do „bez ogonka”, ale jeśli to ma być biedronka, to musi być to chyba ta krwiożercza, azjatycka.

Biedronka, kot o niesamowitej inteligencji skupionej w miniaturowym ciałku, ma także inne imię, nieco krępujące. Imię to jest słowiańsko krzepkie, jak sama jego właścicielka, a jego pierwszy człon wyraźnie mówi o pewnych jej niezbyt chlubnych nawykach… A imię jej…

Pierdzimira…

Annio

Annio jest pierwszym kotem norweskim leśnym, który przyszedł na świat w naszej hodowli, z naszym przydomkiem. Urodził się jako jedynak i pozostał z nami, bo skradł nam serca.

Nasz pierwszy miot miał mieć imiona operowe, zaczerpnięte z dzieł Handla, Glucka i Mozarta. Jako, że narodziło się jedno kocię, to nadałam mu imię jednego z moich ulubionych bohaterów, Annia z „Łaskawości Tytusa”. Annio to postać młodzieńcza, czysta, niewinna i bardzo szlachetna. Jest to bohater niesłychanie lojalny, czuły, wierny. Chyba coś z tych cech udało się przechwycić naszemu Anniowi, bo jest on bardzo kochanym, pogodnym i słodkim kotem. Przy okazji jest też niesamowicie leniwy.

Nazywamy go Anniutkiem, ale także Pieskiem, bo Annio, który potrafi cudownie mruczeć, nie umie jednak miauczeć, tylko poszczekuje. Piesek ma również ksywkę „Neronek”, gdyż w wieku dojrzewania wykazywał wyraźne i niezbyt platoniczne zainteresowanie swoją matką…

Miot „B”

Chociaż nasze kocięta z miotu „B” nie mieszkają już z nami, to jednak nadal pozostajemy w kontakcie z ich właścicielami i nadal zajmują dużo miejsca w naszych sercach.

Ich imiona zostały zaczerpnięte z kultury antycznej.

Berenice (Berenike), to imię ptolemejskich księżniczek, oznacza ono “Przynosząca Zwycięstwo”. Mocne imię dla silnej kobiety; jedna z Berenik, żona Ptolemeusza III Euregetesa, ślubowała bogom złożyć swoje włosy w ofierze, jesli jej mąż szczęśliwie wróci z wojny. Po jego powrocie spełniła przyrzeczenie i zaniosła swój warkocz do świątyni boga wojny, Aresa. Warkocz zniknął, a wkrótce potem został odkryty przez nadwornego astronoma nieznany gwiazdozbiór, uczony twierdził, ze jest to warkocz królowej Bereniki umieszczony przez bogów wśród gwiazd. Konstelacja ta została nazwana Warkoczem Bereniki.

Bona Dea, Dobra Bogini, to rzymska , a w zasadzie nawet staroitalska bogini płodności, obfitości i bogactwa, czczona przez kobiety rzymskie. W obrządkach ku czci bogini mogły brać udział wyłacznie przedstawicielki płci pięknej. W Rzymie głośnym stał się skandal, którego bohaterem został niejaki Publius Clodius Pulcher, zakochany w żonie Cezara, Pompei. Dostał się on w kobiecym przebraniu do domu Cezara, w którym Rzymianki zebrały się z okazji święta bogini. Został jednak rozpoznany i z trudem zdołał uciec. Wytoczono mu proces o świętokradztwo, który wygrał przekupując sędziów. Gorzej ten wybryk odbił się na młodej żonie Cezara. Jako, że zdaniem męża musiała być poza wszelkimi podejrzeniami, więc się z nią rozwiódł. Basileus w języku greckim oznacza króla, zwierzchnika, władcę. A nasz Basileus urodził się pierwszy i jest bardzo dostojny.

Boreas w mitologii greckiej to Wiatr Północny, ten najbardziej zimny, groźny i gwałtowny. Nasz Boreas od pierwszych chwil demonstrował bardzo popędliwy charakter.

Oczywiście w codziennym użyciu imiona te, zarówno jeszcze u nas w hodowli, jak i teraz w nowych domach, uległy modyfikacjom. Podsumowując: nadajemy kotu imię, męczymy się i trudzimy, żeby brzmiało pięknie, oryginalnie i pasowało do naszego sierściucha, a to jak będziemy go nazywać naprawdę na co dzień i tak wyjdzie dopiero „w praniu”.