14.11
2009

Sentymentalnie

Kiedy przeszło osiem lat temu w moim życiu pojawiła się Tosia, mój pierwszy kot, nie przypuszczałam, że zwariuję na jej punkcie, a co za tym nieuchronnie idzie, na punkcie kotów w ogóle.

Byłam zdeklarowaną “psiarą”, psy towarzyszyły mi od dziecka. I nagle moje serce skradła malutka, szarobura kuleczka, która od pierwszych chwil naszej znajomości była niezłomnym uparciuchem. Ale kiedy w nocy przyszła do łóżka i położyła się na mojej poduszce, tak ufnie, zrobiło mi się ciepło na sercu i pokochałam to maleńkie stworzonko. Stworzonko wyrosło na bardzo niezależną i mądrą kocicę. Tosia jest gadatliwa, uwielbia prowadzić z nami długie dyskusje, często też monologuje zabawnym, nosowym głosem.

To dzięki Tosi zainteresowałam się rasami kotów, zaczęłam przeglądać strony internetowe, czytać książki, artykuły. Chodziłam też na warszawskie wystawy kotów rasowych. I wtedy też zachwyciły mnie szczególnie dwie rasy: koty norweskie leśne i rosyjskie niebieskie. Kiedy jednak decydowaliśmy się na hodowlę, wiedzieliśmy, że będziemy hodować tylko jedną rasę, wybraliśmy więc tę, która bardziej nas interesowała, ale wśród naszych kotów jest też piękny kastrat rosyjski niebieski :)

A wszystko zaczęło się dawno temu od małej, szaroburej kuleczki. Tak więc, zgodnie z prawdą mogę stwierdzić, że gdyby nie było Tosi, to nie byłoby kotów w moim życiu i nie byłoby Nordhouse.

Piszę te słowa, a bohaterka moich rozważań leży zwinięta w kłębek obok monitora. Tylko co to za monitor, nawet położyć się na nim nie można, jak na kineskopowym, który Tosia uwielbiała :)

Powrót do strony głównej | Powrót do archiwum aktualności